Ściany wąwozu stawały się coraz bardziej strome, coraz częściej też zdarzało nam się zsuwać do wody. Nagle Stan zatrzymał się. Wskazał ręką przed siebie. Staliśmy przed mostem. Musiał to być cel naszej wyprawy, typowy włoski most. W tych okolicach było mnóstwo podobnych. Oba naczółki zbudowane były z kamienia i połączone pomostem z drewna. Długość przęsła była większa niż szerokość strumienia, strumień musiał pewnie wylewać na wiosnę. Podkradliśmy się bliżej. Stan przysunął głowę do mojego ucha.
— Masz ochotę wleźć na most i trochę się rozejrzeć? Ja wdra- pię się na zbocze i będę osłaniał cię z góry.
Ochoty nie miałem, ale nie miałem też specjalnego wyboru. Pokiwałem głową. Stan przysunął usta do mojego ucha. Miał zegarek z fluorescencyjną tarczą, który zabrał jakiemuś włoskiemu oficerowi.
— Zostało nam niecałe pół godziny, potem rąbnie tutaj cała artyleria korpusu i dywizji. Do tej pory powinniśmy być tak daleko stąd, jak to tylko możliwe. Daj mi pięć minut, bym mógł znaleźć sobie dobre miejsce, żeby cię osłaniać, a potem wskakuj na most i rozejrzyj się po okolicy.
Ruszył szybko pod górę zboczem wąwozu. Przysiadłem i za-c/ąłem zastanawiać się nad tym, co właściwie robię.